To były intensywne trzy dni, których finałem było dostarczenie pilnego transportu w głąb Ukrainy. Nikt się nie spodziewał reakcji ludzi, ani tego, że w jeden dzień paka ciężarówki wypełni się po brzegi. Transport pojechał daleko poza płynący nieustannie San i daleko za wzgórza Bieszczadów, które były i są cichym świadkiem światowych zawieruch.

Decyzja

Jest czwartek (03.03.2022r.), a w sieci pojawia się ogłoszenie na profilu Agnieszki Patalas. Z treści można było wywnioskować konkretny przekaz - jest pewna osoba, która mieszka w Ukrainie i deklaruje, że dowieziony transport na granice jest w stanie dostarczyć w miejsca krytyczne. W ogłoszeniu była też konkretna lista potrzebnych rzeczy. W licznej dwuosobowej redakcji wlopi bardzo szybko pojawił się temat wsparcia tego transportu. Wcześniej cały czas pojawiały się informacje odnośnie zbiórek "na granicę", ale mało było takich, które trafiają faktycznie w miejsce walk. Krótka debata i decyzja - chcemy pomóc. 

Fundament akcji

Całym inicjatorem okazał się Marek "Bobo" Mikołajczyk z Przemętu, który ma znajomego mieszkającego w Ukrainie. Chcąc wyrazić wsparcie dla światowej sytuacji zadzwonił do niego. Telefon za wschodnią granicę okazał się strzałem w dziesiątkę. Oleh, bo tak ma na imię osoba z drugiej strony słuchawki, zadeklarował możliwość transportu przez granicę oraz dowiezienia w głąb Ukrainy przewożonych towarów. Tak zapoczątkowany łańcuszek bardzo szybko rozszedł się w świat. W środę Marek odezwał się do swojej sąsiadki - Agnieszki, która uruchomiła swoje kontakty oraz wrzuciła do sieci ogłoszenie, jak później wspomniała w rozmowie z nami: "szukałam swojego miejsca do niesienia pomocy dla Ukrainy, a sygnał płynący od Marka to było coś konkretnego, konkretna pomoc, do której chętnie dołączyłam". 

Działanie

Od podjętych decyzji do finalnego działania jest jednocześnie daleka i krótka droga. Marek dał iskrę, a jego otoczenie rozpaliło na niej ogień. Po ogłoszeniu i telefonach popłynęła lawina wsparcia. Bardzo szybko okazało się, że znajomy Marka z Wijewa chętnie wypożyczy swoją ciężarówkę, która później stała się symbolem całego transportu. Zgłaszały się kolejne osoby, a zbiórka nabierała szerokiego wymiaru lokalnie i nie tylko. Iwona Patelka odezwała się z informacją do Agnieszki, że do Włoszakowic zmierza duży transport z Niemiec, a w nim masa potrzebnych rzeczy, na których tak bardzo zależy na froncie walk. Wtedy też decyzja padła ze strony wlopi i szybko zorganizowaliśmy akcję promującą piątkową zbiórkę w sklepach we Włoszakowicach. 

Piątek przywitał samymi dobrymi informacjami. Wiele osób z otoczenia inicjatorów wsparło zbiórkę, transport zza granicy był duży i konkretny, a dzięki niemu udało się pozyskać naprawdę bardzo wiele pilnie potrzebnych rzeczy. W oczach osób koordynujących działaniem świeciło się szczęście, że tak szybko udało się trafić z przekazem do właściwych osób. Mieszkańcy Włoszakowic stanęli na wysokości zadania przynosząc w miejsca zbiórek we Włoszakowicach bardzo wiele potrzebnych rzeczy z listy zbiórki. Nie spodziewaliśmy się tak dużego odzewu. Wieczorem cały nasz magazyn zapełniony był towarem. Do akcji włączyły się również firmy, takie jak Champion z Sądzi, która podarowała medykamenty, wodę utlenioną oraz wiele makaronu do spożycia.

Do późnych godzin w warsztacie inicjatora Marka odbywało się sortowanie, na które przyszło również dużo osób z jego bliskiego otoczenia. Tam spakowano i posegregowano wszystko w kartony, aby można było to sprawnie przepakować, czy to na granicy czy w Ukrainie.

Kluczowy dzień

Sobotni poranek obudził słońcem, które wskazywało, że to co się dzieje ma sens. W podróż białą ciężarówką wyruszyliśmy w składzie: Marek "Bobo" Mikołajczyk, Daniel "Gola" Patalas i Łukasz Ławecki. Zebraliśmy się pod sklepem monopolowym we Włoszakowicach, gdzie zapakowaliśmy ostatnie dary i ruszyliśmy w stronę wschodu Polski. Wyruszyliśmy na przejście graniczne w Krościenku, blisko Ustrzyk Dolnych. Pojechaliśmy tam z osobliwymi odczuciami, ponieważ ciężko jasno określić z jednej strony pozytywną pomoc, ale jednak niesioną w obliczu wielkiej katastrofy humanitarnej, która dzieje się niedaleko nas wszystkich. Na pewno w takich chwilach każdego dopadają myśli, czy warto... jadąc w kierunku granicy odpowiedź na takie pytanie pada bardzo szybko, a są nią dosłownie konwoje aut oklejonych różnymi symbolami związanymi z niesieniem pomocy oraz wsparciem dla Ukrainy. Bardzo szybko wtedy dostrzega się, że to nie jest pomoc na małą skalę, a pomoc, która faktycznie może mieć w kluczowym momencie, kluczowe znaczenie.

Tam jechali wszyscy

W pewnym sensie odnieść można było wrażenie, że obecnie nie tylko wszystkie oczy skierowane są na Ukrainę, ale i wszystkie drogi do niej prowadzą. Jechały auta z Niemiec, Czech, Szwajcarii, Francji, Włoch oraz z wielu innych kierunków. Co chwilę przemykały oklejone pojazdy, czerwone krzyże oraz nadzieje na wolność dla Ukrainy. Wiele osób może nie dostrzegać sensu lub myśleć, że jednostka nic nie zmieni, ale tych jednostek była cała masa. Słowa jednostka, to też za mało powiedziane, ponieważ jechały całe konwoje, ciężarówki i tiry. Ten widok na długo zapada w pamięci. To była prawdziwie jadąca nadzieja...

Przeciąć San

Na stacjach paliw spotkaliśmy wiele osób z Ukrainy, z niektórymi udało nam się również zamienić kilka słów. Mówili często, że jadą nieść pomoc i wsparcie, niektórzy z nich pod przednimi szybami mieli rozłożone ukraińskie flagi. Na stacjach możliwość tankowania tylko do maksymalnie 50 litrów, co w przypadku takich transportów, jak nasz wymuszało trochę częstsze stawanie na stacjach. Na wyświetlaczach na bramach, pod którymi przejeżdża się jadąc po autostradzie wyświetlały się słowa wsparcia oraz numery z pomocą dla uchodźców, to kolejny bardzo symboliczny obrazek, który wrył się w pamięć. 

Bliskość granicy zasłaniała słońce, jakby specjalnie ktoś wiedział, że to nie jest dobry moment na słoneczną aurę - niebo nie było zadowolone. Bliskość granicy odsłaniała również parujący trochę niepokój, ciszę i pustkę. Z każdym kolejnym kilometrem ulice pustoszały, chodniki pustoszały, trochę pół żartem, a pół serio radość sprawiał przechodzący co dłuższy czas człowiek. Byliśmy również w kontakcie z Olehem, który czekał na granicy, na możliwość przejazdu kawałek poza nią i odebrania tak ważnych darów. 

Życie płynęło tam tak samo jak u nas, ale i jednocześnie zupełnie inaczej. Nie było tam tętniącego życia widocznego w centrach małych miejscowości i miasteczek. Nie było wielkich tłumów przy sklepach spożywczych i marketach, ale był za to inni fakt - bliskość jednej z obecnie najbardziej strzeżonych granic świata. Nie zdajemy sobie chyba do końca sprawy mieszkając w Wielkopolsce na pozór daleko od tamtych regionów, co wisi w powietrzu za miedzą. Czujemy na pewno większy spokój i bezpieczeństwo, a tam po Polskiej stronie czuć powiew wschodniego wiatru, ale nikt nie potrafi do końca tego zapachu zinterpretować, jest obski.

Bardzo mocno nas to zaciekawiło, ale zostawiliśmy ten temat na później. Ciężarówka przejechała poza San i wjechaliśmy w świat wielkiej tułaczki ukraińskiego ludu. Po minięciu Ustrzyk Dolnych dotarliśmy do Krościenka. Powoli jasną ciężarówkę dopadał ciemny zmierzch. Pojawiały się trudności i kombinowanie - Olehowi nie udało się jeszcze przekroczyć granicy, dlatego towary zostawiliśmy u znajomych w zabezpieczonym garażu. Wtedy też dowiedzieliśmy się o co chodzi z pustkami. Tam nie ma za dużo czasu, a ludzie po pracy pomagają i wspierają, nie ma czasu na niepotrzebne rzeczy.

Milczące wzgórza

Bieszczady widziały już wiele światowej zawieruchy na przestrzeni tysięcy lat. Na niektórych szczytach nawet po dzisiaj znajdują się pozostałości po wojennej infrastrukturze, jakby zostały wiedząc o tym, co będzie w przyszłości... Po krótkiej rozmowie i wyładowaniu całej ciężarówki pozostało nam zrobić kilka głębokich wdechów wschodniego powietrza i ruszać do domów. Rozmowa i wszystko to, co działo się na miejscu zostało nagrane. Sytuacja na granicy jest naprawdę trudna. To tysiące osób, które chcą przekroczyć cienką linię lepszego życia. Kolejny raz wzgórza porośnięte drzewami są świadkami wielkiej tragedii w tej chwili setek tysięcy osób. 

Pomoc dotarła tam, gdzie było to potrzebne. Na filmie widzimy zapakowaną już ukraińską ciężarówkę oraz ukraińskich żołnierzy, u stóp których wyładowano dary z Polski - Wasze dary. To bardzo jednocześnie "radosny" oraz tragiczny obrazek. Przeplatają się na nim różne nadzieje, ale po tym obrazku wiemy, że się udało, że MY WSZYSCY RAZEM zrobiliśmy to, co ludzkie.

To wszystko jest tylko krótkim opisem całości. Była to szalona akcja, ale szalona w bardzo dobrym celu - prawdziwa. Prawdziwe było również Wasze poruszenie za co wszystkim bardzo mocno dziękujemy. 

Gdy to publikujemy jest niedziela 13 marca. Niedaleko granicy ostrzelano poligon Jaworowo. Było to wyraźnie słyszalne w Korczowej, a zapach poniósł się daleko...
"Tak działa wojna. Albo zabija cię od razu, albo niszczy po kawałku. Tak czy inaczej cię dopada..."